Głodówka lecznicza - prawda czy mit

Health

Początki stosowania pełnego, dozowanego głodowania - tj. całkowitej rezygnacji z jedzenia, połączonej jednak z piciem wody oraz z zachowaniem aktywności ruchowej - kryją się w pomrokach dziejów. Znane już było w starożytnym Egipcie, Indiach, Grecji i Rzymie.

Z pozostawionych z tamtego okresu traktatów wynikało również jasno, że głodówka miała na celu nie tylko uzdrowienie ciała fizycznego, ale również - a w niektórych szkołach przede wszystkim - odbudowanie zdrowia emocjonalnego, "zrównoważenie" psychiki, pogłębienie kontaktu z samym sobą.

Nic więc dziwnego, że Platon i Sokrates regularnie przeprowadzali wielodniowe głodówki, które według nich sprzyjały osiągnięciu "wyostrzonego odbioru prawd duchowych" i utrzymaniu dobrej kondycji fizycznej, zaś Pitagoras, w celu poprawy swoich zdolności umysłowych przed egzaminem do Akademii Aleksandryjskiej, pościł nawet przez 40 dni.

Sokrates nazywał barbarzyńcami tych, którzy jedli więcej niż 2 posiłki dziennie, zaś ojciec medycyny, Hipokrates, pisał:
"...jeżeli ciało nie jest oczyszczone, to im bardziej będziesz je odżywiać, tym bardziej będziesz mu szkodzić..."
W czasie zaostrzenia choroby, w celu odciążenia organizmu i skierowania sił życiowych na walkę z chorobą, zalecał zrezygnowanie z przyjmowania pożywienia w ogóle.

Podobnie postępowali inni sławni lekarze starożytności - Awicenna, Asklepiades czy Celsus, którzy swoim chorym zalecali długie, bo 3 - 5 tygodniowe głodówki w celu odzyskania sił oraz zdrowia.
W wiekach średnich inny sławny lekarz, chemik i filozof, Paracelsus, zwolennik opierania medycyny na obserwacji i doświadczeniu, twierdził, że głodówka jest najlepszym lekarstwem na wiele chorób.

Tak było w wiekach dawnych, a teraz?
Cóż, myślę, że wielowiekowe doświadczenia ostatnich 500 lat zrobiły swoje.
Słowo "głód" przez setki osób kojarzony jest jednoznacznie - okres epidemii, chorób, okres wojny, obozów zagłady, wyniszczenia i śmierci fizycznej organizmu. Pierwsza myśl, pierwsze skojarzenie, jakie pojawia się w umyśle człowieka współczesnego, jest proste - aby żyć, trzeba jeść.

A wiec - gdzie leży prawda
I czy można w ogóle połączyć te dwa sprzeczne pojęcia: głodówka - która leczy i głodówka - która wyniszcza?
Czyżby starożytni aż tak bardzo się pomylili, a może - tak bardzo zmieniliśmy się od tamtych czasów?

Myślę, że ani jedno, ani drugie.
Nadal, czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy częścią przyrody i - podobnie jak ona - funkcjonujemy.
Proszę zauważyć, że zwierzęta - gdy są chore - instynktownie unikają jedzenia. Poszukują ciszy, odosobnienia, oszczędzając siły na walkę z chorobą, nie tracąc ich na trawienie.
Podobnie reagują małe dzieci - w czasie zaostrzania choroby odruchowo odmawiają pożywienia, za to - często proszą o picie.
I, choć nie znają istoty procesu, poddają mu się instynktownie.

Jednak człowiek dorosły, uzbrojony w wiedzę na temat żywienia, na temat "siły" i "potęgi" jedzenia, przerywa ten naturalny proces, zawierza rozumowi i - mitowi.
Aby żyć - trzeba jeść.

Zanim przeprowadziłam swoja pierwsza głodówkę (1993r.) przyznaję, że niewiele obchodziło mnie, że w jakichś odległych czasach leczono głodem - przecież żyjemy w XX wieku i są inne, lepsze metody, więc po co się męczyć?
Sęk w tym, że te lepsze, nowsze metody w moim przypadku zawiodły - po 3 miesiącach leczenia antybiotykami zapalenia stawów, gdy wiedziałam dokładnie, gdzie jest wątroba bez zaglądania w atlas, a pozytywnych efektów leczenia nie odczuwałam w żaden sposób, mój wybór na głodówkę padł ze zwykłej desperacji.
Czułam, że kolejnej porcji antybiotyków moja wątroba już nie przetrzyma. Po prostu nie widziałam innego wyjścia.
No i 2 podstawowe informacje na temat głodówki, jakie wtedy zdobyłam, przemawiały do mnie w logiczny i spójny sposób:
Pierwsza:
Jeżeli przestajemy dostarczać pożywienie z zewnątrz, organizm, poszukując rezerw, w pierwszej kolejności wykorzystuje to, co zbędne - w moim przypadku - zmienione zapalnie komórki.
Druga:
Tą metodą leczono m.in. z choroby popromiennej żołnierzy, którzy uczestniczyli w usuwaniu skutków wybuchu reaktora jądrowego w Czarnobylu w 1986r.
No, a w końcu zapalenie stawów to nie choroba popromienna....

Pierwsza głodówka trwała dokładnie 12 dni, przy czym przez pierwsze 7 dni w moim organizmie niewiele się zmieniło - ale, jak napisałam, nie miałam wyboru, więc głodówki nie przerywałam.
I słusznie - po tym okresie objawy chorobowe systematycznie cofały się, by po 12 dniach ustąpić całkowicie w sposób trwały.

Nie miałam wtedy takiej wiedzy, jak dziś - a więc nie obeszło się bez potknięć.
Pamiętam, jak w 5 dniu głodówki pojawił się silny ból w klatce piersiowej, połączony z męczącym kaszlem i bólem gardła.
I moja pierwsza myśl w takiej sytuacji - no pięknie!
Moje stawy bez zmian, kaszlę, jakbym miała zapalenie oskrzeli lub płuc, piąty dzień nic nie jem i co ja mam teraz zrobić?
Wziąć antybiotyk? Po 5 dniach nie jedzenia? Iść z tym do lekarza? I co mu powiem? Że leczę się głodem? A może zacząć jeść?
Biłam się tak z myślami cały dzień i nie wymyśliłam nic. Na szczęście.
Bo to było najlepsze, co mogłam zrobić - objawy, tak jak się pojawiły, tak ustąpiły, a ja dokończyłam głodówkę.

Dziś wiem, że to, co się wydarzyło w 5 dniu głodówki, było naturalnym elementem mechanizmu leczniczego.
Jeżeli bowiem zrezygnujemy całkowicie (ale zaznaczam - całkowicie) z pożywienia (rozumiem pod tym pojęciem również soki), i pozostaniemy tylko na płynie fizjologicznym, jakim jest woda, organizm automatycznie przechodzi na tzw. endogenne, wewnętrzne odżywianie.
Mechanizm tego zjawiska jest stosunkowo prosty - w momencie zaprzestania zaopatrywania ciała w energię z zewnątrz (pożywienie), organizm, chcąc utrzymać stały poziom homeostazy, czyli warunków środowiska wewnętrznego, zaczyna poszukiwać rezerw.
I znajduje - w postaci zapasów tłuszczu, zmienionych zapalnie komórek, niestandardowych dla danego ustroju związków białka, bakterii, wirusów.
Rozkładając na atomy wspomniane wyżej zapasy, przebudowuje ich strukturę i włącza do organizmu - jako pełnowartościowe komórki, tłumiąc w ten sposób źródła infekcji i usuwając "korzeń choroby".

Ten czas "przebudowy" odbieramy właśnie jako "zaostrzenie" choroby (w moim przypadku - ból w klatce piersiowej, kaszel, ból gardła), ale zawsze trwa on dużo krócej niż wtedy, gdy mamy do czynienia z objawami nowopowstającej choroby.

Przypominam sobie zabawną historię, którą opowiadała mi swego czasu jedna z osób, która przeszła 4 głodówki na przestrzeni 3 lat.
Otóż przy pierwszej głodówce pojawił się u niej silny ból pod łopatką, tak, że ledwo mogła oddychać. Jak sama mówiła, dokładnie tak samo się czuła, gdy kilka lat wcześniej, chodząc po górach, poślizgnęła się na drodze i upadła, a latarka, źle zapakowana w plecaku, wbiła się jej pod łopatkę. Prawie straciła oddech, przez pół roku mogła się obracać tylko w jedna stronę.
Przy drugiej głodówce pojawił się ten sam objaw, tylko że w mniejszym nasileniu i trwał krócej. Przy trzeciej głodówce, z czystej ciekawości, zapytałam:

Dopiero po 4 głodówce stan ten już się nie pojawił.

A więc - pierwsza ważna uwaga:
Na głodówce mogą uaktywnić się ponownie wszelkie niedoleczone lub tylko "stłumione" objawy chorobowe - i jest to zupełnie normalne, nie należy się tego bać. Świadczy to tylko o tym, że z utajonego stanu chorobowego przesuwamy się w kierunku zdrowia.

Druga ważna uwaga - hierarchia ważności
Okazuje się, że to, co jest dla nas najważniejszym objawem chorobowym, wcale nie musi być najważniejszym - dla naszego organizmu.

Kilka lat temu zgłosiła się do mnie kobieta, która miała torbiel na jajniku. Kobieta była zdeterminowana - pomimo nalegań lekarzy nie chciała poddać się operacji, natomiast była zdecydowana na przeprowadzenie głodówki.
Podczas dodatkowych badań (podczas całego procesu była pod opieka lekarzy) okazało się, że ma podwyższony - i to dużo - poziom antygenu CA125 (jest to marker nowotworowy, którego stężenie znacznie wzrasta w przebiegu kobiecych narządów płciowych).
Norma wynosi <35 U/ml, u niej wynosił on >600U/ml.
Podczas pierwszej głodówki torbiel nie zmniejszyła się ani o jotę, natomiast poziom markerów spadł do 54U/ml, po drugiej głodówce - torbiel zmniejszyła się o połowę, zaś poziom markerów spadł już tylko do 19U/ml.
Tak wiec - jak widać - organizm sam doskonale wie, co jest dla niego największym zagrożeniem i - zgodnie z posiadanymi informacjami - przeprowadza odpowiednią strategię leczniczą.
Ciało wie - a my pomagamy mu w tym - odciążając go od trawienia tak, aby wszystkie siły mógł skierować na walkę z chorobą.

I ostatnia uwaga - przełom kwasiczny.
Dla wielu osób, nie obeznanych do końca z przebiegiem mechanizmu głodówkowego, ten właśnie moment - przesunięcia równowagi kwasowo - zasadowej ustroju w kierunku kwaśnym, jest koronnym argumentem przemawiającym przeciwko leczeniu głodem.

A przecież już w 1938 r. naukowcy niemieccy Schenk i Meier udowodnili wzrost aktywności sił obronnych ustroju wobec szeregu bakterii chorobotwórczych właśnie wraz ze wzrostem zakwaszenia ustroju.
Zjawisko to uwidacznia się od mniej więcej 7 dnia głodówki i osiąga swoje maximum w trzecim tygodniu głodowania.
Badania naukowe przeprowadzone w ZSRR wykazały również, że podczas dozowanego głodowania zwierzęta doświadczalne bez szkody dla zdrowia znosiły podwyższone dawki trucizn i napromieniowania, nie ginęły i nie chorowały wskutek umyślnego zakażania ich bakteriami bądź wirusami.
Ten sposób reagowania organizmu świadczy w sposób dobitny o podwyższonym poziomie przystosowawczym sił obronnych organizmu.

I znów przypomina mi się kolejne wspomnienie z własnej praktyki.
Do jednej z osób przeprowadzającej głodówkę (10 dzień) przyjechała w odwiedziny rodzina. Wśród odwiedzających była osoba przeziębiona z tzw. opryszczką. Serdeczne powitania, uściski...
Po kilku dniach wszyscy, którzy uczestniczyli w tym spotkaniu, też mieli opryszczki - oprócz osoby głodującej.

Co takiego tajemniczego dzieje się w organizmie, że, mimo braku jedzenia, od ok. 7 dnia giną bakterie i wirusy, a wzrasta odporność organizmu?
Otóż po przesunięciu się równowagi kwasowo - zasadowej krwi w kierunku kwaśnym (tzw. "przełom kwasiczny"), przyspieszeniu ulegają procesy przyswajania dwutlenku węgla przez komórki.
Uruchamia się system nawiązujący do fotosyntezy i - w powiązaniu ze zwiększonym poborem azotu z powietrza, stwarzane są warunki do budowy kwasów nukleidowych o podwyższonej jakości - podstawy aparatu genetycznego.

Obszerne badania na ten temat prowadzone były w latach 1960 - 1970 przez dwóch lekarzy rosyjskich - akademika F.M.Gułyjego i prof. M.I.Wołskiego oraz naukowca z Nowosybirska K.P.Butejko.
I właśnie praca tej trójki dała pełne podstawy do teoretycznego uzasadnienia, czemu dopiero przejście przez tzw. "przełom kwasiczny" rozpoczyna proces leczniczy organizmu - jego podstawą jest wspomniana przed chwilą usprawniona jakość biosyntezy w komórkach organizmu, prowadząca do odbudowy aparatu genetycznego.

Jest to również odpowiedź, dlaczego nic - teoretycznie - nie zmieniło się w moim organizmie przez pierwsze 7 dni, gdy przeprowadzałam swoją pierwszą głodówkę i dlaczego dopiero po tym terminie byłam w stanie zarejestrować odczuwalną poprawę zdrowia.
Dopóki bowiem nie dojdzie do "przełomu kwasicznego", trudno jest liczyć na spektakularne efekty lecznicze głodówki - w tym okresie bowiem organizm zajęty jest głównie usuwaniem zaktywizowanych toksyn na zewnątrz.

W świetle tego - należy podziwiać przenikliwość i umiejętność obserwacji przeprowadzanej przez lekarzy starożytnych, którzy w przypadku chorób przewlekłych zalecali właśnie długie, 3-5 tygodniowe głodówki.
Podziwiać tym bardziej, że - z ustalanych współcześnie badań - wynika, iż okres głodówki do 40 dni stanowi granicę tzw. głodowania fizjologicznego, po przekroczeniu, którego następuje ostry spadek ciężaru ciała, połączony z wyczerpaniem mechanizmów wyrównawczych i załamaniem się pracy serca (choć zdarzały się też wyjątki od reguły - literatura poświecona tym zagadnieniom potwierdza przypadki głodowania po 70 dni - bez uszczerbku dla zdrowia).
Chciałabym przy tym wyraźnie zaznaczyć, iż istnieje zasadnicza różnica pomiędzy pojęciami - głodówka lecznicza a - głodowanie.
W pierwszym przypadku - gdy rezygnujemy okresowo z jakiegokolwiek pożywienia i przechodzimy na tzw. endogenne odżywianie - stwarzamy warunki do pełnowartościowego, aczkolwiek innego jakościowo odżywiania, zaś w przypadku ograniczonego jakościowo odżywiania (niskowartościowego, jednostajnego, w przypadku nie zrównoważonych diet czy też odchudzania przez niedojadanie) - doprowadzamy do niedoborów w organizmie, a w konsekwencji - do pogorszenia jakości biologicznie ważnych struktur.

Reasumując:
Wraz z postępującą odbudową aparatu genetycznego następuje odbudowa wszystkich narządów i układów człowieka - na czele z aparatem immunologicznym.
Stąd - zwiększone zdolności przystosowawcze organizmu człowieka oraz możliwości naprawcze - czasami nawet w bardzo ciężkich przypadkach.

Ten fenomen został wykorzystany m.in. przy leczeniu choroby popromiennej wśród żołnierzy, którzy usuwali skutki wybuchu w Czarnobylu - o czym wspominałam już wcześniej.
Ze swej strony chciałabym tylko zaznaczyć, iż metodę tę zdecydowano się zastosować w naprawdę ciężkich stadiach choroby popromiennej, kiedy to uszkodzony był cały układ pokarmowy a w jelitach powstały głębokie owrzodzenia.
W takich warunkach niewinna infekcja prowadziła do poważnych, często śmiertelnych powikłań w postaci zakażenia krwi (sepsa).
Potężna terapia antybiotykowa, stosowana przez lekarzy amerykańskich i japońskich, niestety rzadko dawała pozytywne wyniki, natomiast transplantacja szpiku kostnego, przy bocznym, nierównomiernym wariancie napromieniowania i porażeniu radiacyjnym rzędu 400-600 rad była, według radiologów, z góry skazana na niepowodzenie.

I właśnie w takich warunkach okazało się, że zastosowana głodówka pozwoliła we wszystkich przypadkach ochronić organizm przed infekcją wskutek szybkiej odbudowy ochronno - przystosowawczej organizmu, zapobiegając w ten sposób groźnym powikłaniom, jak również okazała się skuteczna w sprawniejszym usuwaniu radioaktywnego strontu z organizmu.

W ten sposób - po raz pierwszy i to na tak szeroką skalę - zdecydowano się zastosować metodę dozowanego głodowania. I okazała się ona niezwykle skuteczna, podczas gdy inne, bardziej nowoczesne metody - były bezradne.

Generalnie zakres leczniczy głodówki jest naprawdę imponujący
Miażdżyca, nadciśnienie i zbyt niskie ciśnienie, choroba wieńcowa, różnego rodzaju choroby przewlekłe, reumatoidalne stany zapalne, choroby przewodu pokarmowego, nerek, skóry, choroby żył (żylaki, owrzodzenia żylakowate), hemoroidy, choroby układy oddechowego, otyłość.
Znikają różnego rodzaju patologiczne twory oraz torbiele.
Z literatury specjalistycznej wiadomo również, że na głodówce chorym rozchodzą się różnego rodzaju zrosty i blizny wewnętrzne a nawet zwapnienia w płucach i innych narządach.

Pamiętam swój własny opis badania radiologicznego po przebytej ciężkiej infekcji: "zmiany bliznowate pozapalne w okolicach przysercowych. Przepona napina się na zrostach" I w kilka miesięcy później, po przeprowadzonej głodówce: "pola płucne bez zmian ogniskowych. Przepona i kąty przeponowo-żebrowe wolne".

Podczas głodówki w sposób naturalny spowalnia się rytm oddechu i skurczów serca, gdyż większa cześć dwutlenku węgla nie dociera do płuc, przyswajana przez komórki naczyń i krwi.
Oczywiście, fakt ten znajduje swe przełożenie w naszej psychice - wraz ze spowolnieniem rytmu oddechu i skurczów serca, obniża się w sposób automatyczny poziom fal mózgowych. Nasz umysł, my sami - stajemy się bardziej spokojni, zrównoważeni wewnętrznie.
Wiele rzeczy, uznawanych przez nas do tej pory za "najważniejsze" czy też "najpilniejsze" - przestaje mieć znaczenie.
Zmieniają się priorytety i hierarchia ważności - zaczynają zwyciężać sprawy "ważne" a nie - jak do tej pory - pilne.
Człowiek zaczyna autentycznie żyć w zgodzie ze sobą, ze swoim wnętrzem, powracając w sposób naturalny do własnej, wewnętrznej harmonii i równowagi.
Rytm życia zewnętrznego zaczyna wyznaczać nasze życie wewnętrzne - nie odwrotnie.
Ćwicząc podczas głodówki silna wolę, człowiek uczy się opanowania oraz wiary i zaufania do siebie oraz świata, zmienia się jego sposób myślenia.
Po zakończeniu głodówki stajemy się bardziej stabilni, łatwiej przystosowujemy się do sytuacji stresowych, wzrasta w nas jasność umysłu oraz zdolność do pracy twórczej.

Oczywiście, podczas trwania głodówki należy bezwzględnie pamiętać o podstawowych zabiegach higienicznych tj. lewatywach, dużej ilości ruchu na świeżym powietrzu, kąpielach... - o czym doskonale wiedzieli już Starożytni.

W tekście św. Jana, jednego z uczniów Chrystusa, podana jest dokładnie filozofia postu i metodyka jego przeprowadzania (uwaga: Starożytni pod pojęciem postu rozumieli całkowitą rezygnację z jedzenia, a nie tylko rezygnację z niektórych potraw, jak rozumiemy to współcześnie - przyp. aut).
Wg tego przekazu (Esseńska Ewangelia Pokoju), Jezus Chrystus już 2 tys. lat temu przekonywał cierpiących o potrzebie przeprowadzania postu w celu oczyszczenia organizmu z chorób i grzechów.
Oto jego zalecenia:
Zalecenie 1:
"...Unikajcie synów człowieczych podczas postu, a szukajcie Matki Ziemi...
... Szukajcie świeżego powietrza, lasów, pól, tam pośród nich znajdziecie Anioła Powietrza...
...Potem oddychajcie długo i głęboko, aby Anioł Powietrza dostał się do waszego wnętrza.
Zaprawdę powiadam wam, Anioł Powietrza wydali z waszego ciała wszelkie nieczystości, które zanieczyszczają je zarówno od wewnątrz jak i od zewnątrz..."
Zalecenie 2:
"...Po Aniele Powietrza szukajcie Anioła Wody. Zdejmijcie wasze obuwie i odzież i pozwólcie, aby wody was objęły...
...Szukajcie dużej podłużnej tykwy, wielkości dorosłego człowieka. Wyjmijcie jej miąższ i napełnijcie ją wodą z rzeki, którą ogrzało słońce.
Powieście ją na gałęzi drzewa i uklęknijcie na ziemi przed Aniołem Wody. Wprowadźcie koniec tykwy do odbytu tak, aby woda mogła przepłynąć przez całe wasze wnętrzności..."
Zalecenie 3:
"...Lecz jeśli po tym wszystkim wewnątrz was coś jeszcze pozostanie z tych dawnych nieczystości i grzechów, wówczas szukajcie Anioła Światła Słonecznego.
Zdejmijcie wasze buty i waszą odzież i pozwólcie aby Anioł Światła Słonecznego mógł was objąć..."
(co - w świetle najnowszych badań lekarzy i naukowców rosyjskich dotyczących roli energii świetlnej podczas zupełnego zaprzestania przyjmowania pożywienia ma swoje pełne uzasadnienie - przyp. aut.)
I ostatni cytat:
"...Aniołowie Powietrza, Wody i Światła Słonecznego są braćmi. Dani oni zostali synowi człowieczemu by mu służyć, aby mógł on zwrócić się do każdego z nich.
Tak samo świętym jest ich objęcie. Są oni niepodzielnymi dziećmi Matki Ziemi i dlatego nie rozdzielajcie tych, którzy tworzą Ziemię i Niebo jako Jedność.
Pozwólcie, aby ci trzej bracia anielscy każdego dnia otulali was i pozwólcie, aby wam towarzyszyli w czasie całego postu.
Ponieważ zaprawdę powiadam wam, wszelkie nieczystości i grzechy z pośpiechem opuszczą to ciało, które ci trzej aniołowie objęli..."

Jak więc z przedstawionego materiału widać, głodówka stanowi potężną metodę leczniczą, daną nam przez sama naturę, której, przy prawidłowo przeprowadzonej metodyce zabiegowej, nie należy się obawiać.

Jej końcowym efektem zawsze jest powrót człowieka do naturalnego stanu, do jakiego zaprogramowała go natura - szeroko pojętego zdrowia - zarówno fizycznego jak i emocjonalnego.
Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że okresowo przestajemy jeść, i nie jest to żadne poświęcenie z naszej strony dla naszego organizmu.

Wiedzieli o tym wielcy lekarze starożytności, filozofowie, mówił o tym Jezus.
Tak naprawdę - największy głód mamy nie w żołądku a - w głowie.
I o tym powinniśmy pamiętać, jeżeli z jakichś względów - zdrowotnych, emocjonalnych czy też po prostu czysto poznawczych - pragniemy doświadczyć tego procesu.
Jak również - że nie należy go przeprowadzać mechanicznie - szczególnie, jeżeli chcemy coś więcej dowiedzieć się o sobie.
Ważna jest motywacja, świadomość, po co tak naprawdę robimy głodówkę, co chcemy przez nią osiągnąć. Gdy cel jest jasny, wówczas wszystkie "niedogodności", jakie nas dotykają po drodze - przestają nam przeszkadzać.

A nagrodą - oprócz zdrowia - jest zawsze spokój, równowaga Ducha, a gdzieś na głębokim poziomie - wewnętrzna pewność i zrozumienie, że wszystko, czego doświadczamy ma swój sens - nawet wtedy, gdy czegoś w danym momencie nie rozumiemy.

I ostatnia uwaga - nie sztuka jest wejść w głodówkę, sztuka jest z niej wyjść.
Osobiście nie słyszałam o jakichś komplikacjach podczas trwania głodówki.
Jeżeli się zdarzały, to tylko przy nieprawidłowym z niej wychodzeniu.

Nasz organizm bowiem to nie ruchome schody, które bezkarnie mogą jeździć góra - dół.
Tak samo, jak organizm potrzebował czasu, aby przystosować się do wewnętrznego odżywiania, tak samo potrzebuje teraz czasu, aby ponownie przystosować się do zewnętrznego odżywiania.

I o tym też trzeba zawsze pamiętać...

Marzenna Walisiak-Derska