Moja historia

"Ech, Życie - tak bardzo skupiamy się na tym,
Co straciliśmy lub nie dostaliśmy,
że nie zauważamy tego, co cały czas mamy w sobie -
Wewnętrznej Równowagi, Spokoju, Łagodnej Radości"

History

I czasami musimy zatoczyć olbrzymie koło, aby po jakimś czasie powrócić do miejsca, skąd wyszliśmy i móc ze zdziwieniem zapytać - a więc to też jest życie?
Wiele rzeczy dostałam awansem od losu - ogromną Miłość Rodziców, ciepło, bezpieczeństwo, akceptację i troskę o mnie, olbrzymi margines zaufania.
Myślałam , że tak wygląda świat.
I nagle - los po kolei zaczął mi odbierać te dary.
W dniu, w którym rozstawałam się ze swoją uczelnią - zmarł nagle mój Tata, w 2 tygodnie po urodzeniu przeze mnie dziecka - odeszła moja Mama, dziecko dużo chorowało.
Mój świat się zawalił - nie potrafiłam się w tym wszystkim odnaleźć. Zaczęłam chorować - notoryczne przeziębienia, grypy, angina - zakończone zapaleniem stawów.
3 miesięczne leczenie antybiotykami nie na wiele się zdało. Ból był taki, że nie byłam w stanie samodzielnie ukroić chleba, nie mogłam założyć plecaka, przyklęknąć, aby pościelić łóżko.

W stanie desperacji rozpoczęłam głodówkę. Był 1993 rok, nie było wtedy na ten temat prawie żadnych materiałów - ale jedno proste zdanie trafiło do mnie od razu: gdy przestajemy dostarczać pożywienie z zewnątrz, organizm, poszukując rezerw, w pierwszej kolejności wykorzystuje to, co zbędne. W tym przypadku - zmienione zapalnie komórki.
Dla mnie, osoby z wykształceniem politechnicznym, to zdanie miało sens.
Głodówka trwała 12 dni - i wszelkie objawy nie tylko się cofnęły, ale też nie odnowiły się do tej pory.
Jednak, jak się okazuje, "listonosz" był zbyt delikatny.

Nadal walczyłam z życiem, próbując zmienić to, co nieuchronne, odrzucając to, co jest.
Po 2 latach zachorowałam ponownie (7 cm torbiel) i zawisła nade mną groźba operacji .
Znów rozpoczęłam głodówkę - tym razem dłuższą.
W 25 dniu głodówki "listonosz" zapukał mocniej - w mieszkaniu zapaliła się od piecyka gąbka do spania. A w mieszkaniu - lakierowane meble! Zdążyliśmy tylko wyrzucić gąbkę na balkon - gdy ogień buchnął na dobre. Na zewnątrz było tylko widać ścianę ognia, wypadające z ram od gorąca szyby, języki ognia wdzierające się do środka i kłęby dymu w całym mieszkaniu.
Moment nieuwagi - i moglibyśmy nawet nie zdążyć wybiec z mieszkania!
I właśnie w takiej chwili uzmysłowiłam sobie, jak kruche i ulotne jest nasze życie i - jak głupio je marnujemy.
Dzień później - mimo woli - weszłam w atmosferę dnia poprzedniego - huczący ogień, świadomość kruchości życia, jak cenna jest każda chwila. I - co najczęściej robimy z tym życiem - zaplątując się coraz głębiej w tym, co boli, rozpamiętując
......
To nawet nie było myślenie - to był raczej odbiór myśli, a jeszcze dokładniej - odbiór atmosfery tych myśli, myśli bez słów. Czysty odbiór tego, co jest, bez analizy, bez dopowiedzeń.

I - nagle dostałam bardzo wysokiej temperatury (ponad 40 stopni), ból w obszarze, który miał być operowany ....
A po 3 tygodniach okazało się, że operacja nie jest potrzebna ....

To był dla mnie potężny proces, który pokazał mi, że nie wystarczy uzdrowić tylko ciało - że źródło naszych problemów leży jeszcze gdzieś głębiej. A głodówka - pozwała nam dotrzeć do tego źródła - jeżeli jesteśmy wystarczająco uważni.
Ciało - to tylko stacja końcowa. Nic nie pojawia się bez przyczyny.

Czy zrozumiałam wtedy tamtą lekcję?
Cóż, chyba niezbyt gruntownie i nie na długo. Byłam, widać, oporną uczennicą.
A może - przekorną?
I "listonosz" pojawił się ponownie, choć tym razem dużo szybciej niż poprzednio - ale po kolei.

Otóż w kwietniu 1996 roku do Polski z cyklem wykładów przyjechał Colin Sisson - twórca Integracji Oddechem.
Pamiętam, jak ktoś kiedyś powiedział do mnie - "Wiesz, dziewczyno, Ty bardzo źle oddychasz".
A ponieważ miał to być warsztat o oddychaniu - tak na początku myślałam - więc, czemu nie, coś dla mnie. Pojechałam.
To były porządne zajęcia, na których zobaczyłam kolejny kawałek życia - jak mimo woli gramy, chcąc wpasować się w akceptowane przez innych schematy, jak odtwarzamy w swoim życiu życie tych, którzy uczyli nas żyć. Jak - po prostu - nie żyjemy własnym życiem, jedynie - odtwarzamy je.
I - co najważniejsze - usłyszałam o takim pojęciu jak - oddech połączony. Nie ma przerw między wdechem i wydechem.

Powróciłam do domu - i - w 0,5 roku później kolejny problem - guzek piersi. Skierowanie na mammografię, biopsję ....
Tym razem nie przejęłam się aż tak bardzo - przecież mam głodówkę, sprawdzoną metodę. Do badań mam 10 dni - zdążę. Zacznę od jutra.
To jutro przesunęło się na kolejne jutro, potem na kolejne ....
Upłynęło 9 dni.
W ostatnim dniu przed badaniem wydarzyła się rzecz dziwna - siedziałam w kuchni, słyszałam słowo w słowo, o czym jeden z domowników rozmawiał przez telefon, a jednocześnie - miałam wrażenie, jakby nie było mnie fizycznie.
To bardzo dziwny stan - i trudno go opisać. Rejestrujesz świadomie wszystko wokół siebie, jesteś w stanie powtórzyć, więc na pewno jesteś, czujesz własne ciało - a jednocześnie masz wrażenie, jakbyś go nie miał. Jesteś natomiast tylko obszarem, w którym jest fizyczny problem.
I znów - ostry ból - trwało to dokładnie 20 min.
"Zobaczyłam" - a raczej - zarejestrowałam całą sobą, bo tak naprawdę fizycznie nie widziałam niczego - jak guzek - "górka" - rozsypuje się, jakby była z piasku.
Ból wycofał się sam, tak jak sam się pojawił - a ja miałam jeszcze przez jakiś czas wrażenie, że cała wibruję.
I właśnie wtedy - mimo woli, zauważyłam, jak oddycham - to był oddech połączony, bardzo delikatny - jakby w zawieszeniu, jakby go właściwie nie było - fizycznie, ale gdzieś tam w środku pulsował delikatnie.
Cóż, na następny dzień poszłam na badania, mammografia wykazała, że wszystko w porządku, biopsja okazała się być nie potrzebna a pan doktor, ten sam, który skierował mnie na badania, zapytał, z jakiej właściwie okazji jestem tutaj?
To wydarzenie uzmysłowiło mi, jak ważna jest uważność, świadomość naszych stanów wewnętrznych, jaką ma moc.
Oddech jest do tego wspaniałym narzędziem - pozwala "zakotwiczyć" się w odbiorze tego, co się w nas wydarza i chroni nas przed "odleceniem" w marzenia.

Te wszystkie historie nauczyły mnie, że, choć żyjemy w świecie materii, jesteśmy czymś znacznie, znacznie większym.
I największą umiejętnością życiową jest móc dotrzeć do tej części w nas - czytając własną książkę.
Bo w niej są odpowiedzi na wszystkie nasze pytania.

Głodówka, praca z oddechem - są tymi ścieżkami, które mogą nas tam zaprowadzić.

"Żyjemy w świecie materii
Materia jest po to, by nam pomóc w zrozumieniu świata
Ale aby zrozumieć - trzeba wyjść poza materię"

Dziś wiem i wierzę, że głodówka może być nie tylko potężnym narzędziem leczniczym, ale również - gdy przestajemy jeść, odcinając się w ten sposób od energii fizycznej, ziemskiej - może się stać potężnym katalizatorem, ułatwiającym kontakt z nami samymi - na bardzo głębokim poziomie.
Że - świadomie pracując z oddechem - zamiast ginąć w walce zranień emocjonalnych - możemy się przy nich zatrzymać, dotknąć ich i poczuć całym sobą - a może się wówczas okazać, że ścieżka, na której jesteśmy, zmieniła swój bieg o 1800, wyprowadzając nas w kierunku zrozumienia i zdrowia.

Zaczynamy uczyć się Siebie i Świata - poprzez Siebie.
A nagrodą jest odnalezienie tego, czego poszukujemy zawsze - Wewnętrznej Równowagi, Spokoju, Łagodnej Radości.

A więc - ech, życie, życie ....

Marzenna Walisiak-Derska